Banan rozpaćkał mi się w plecaku. Ten żółty skurczesyn jak gdyby nigdy nic postanowił dokonać swego żywota między moimi książkami w biały dzień! Ciepła kleista maź była teraz nie tylko między stronnicami opasłych tomiszczy literatury XIX wieku, ale także na moim ubraniu, bo jako kompletny kretyn nie zauważyłem brei sączącej się przez materiał tornistra i zarzuciłem go sobie na plecy. Z kolei o moim błędzie dowiedziałem się dopiero po całej godzinie języka angielskiego, kiedy to chcąc zwrócić wypożyczone lektury do biblioteki, natknąłem się na papkę edukacyjno-spożywczą. W panice rzuciłem się do najbliższej łazienki, by uratować, co mi jeszcze pozostało. W końcu żadna bibliotekarka nie znosi książek pływających w bananowej zalewie... Każdą możliwą częścią ciała podtrzymywałem jakąś rzecz, dla przykładu w zębach tkwił portfel i dokumenty, telefon przyciskałem brodą, pod pachami dzierżyłem co większe książki, zaś w ręce podtrzymującej sam plecak dzwoniły stalowe klucze. Byłem tak skupiony na ratowaniu całego dobytku, że dopiero gdy reszta drugiego śniadania wylądowała na kafelkowej podłodze szkolnej łazienki, zauważyłem, że nie byłem w niej sam...
Jovel, dość przeciętnego wzrostu neandertalczyk, stał wgapiony w lustro nad umywalką. Na plask kanapek uderzających o podłoże odwrócił się i rzucił gniewne spojrzenie.
Jovel, dość przeciętnego wzrostu neandertalczyk, stał wgapiony w lustro nad umywalką. Na plask kanapek uderzających o podłoże odwrócił się i rzucił gniewne spojrzenie.