Przez
chwilę stałem nieruchomo, patrząc za odchodzącym Jovelem. Zerknąłem jeszcze na Chana, który wciąż spał,
albo dobrze udawał. By następnie założyć buty i w pośpiechu zamykając
drzwi wyjść za swoim chłopakiem. Nie
tolerowałem zbytnio osób pod wpływem używek, jednak zarazem nie mogłem go
zostawić w takim stanie. Szczególnie, że bełkotał bez żadnego sensu i ledwo
szedł, co jako cel nie było dla niego ani trochę bezpieczne. Nie wiedziałem, do czego mogły się posunąć osoby,
które teraz by go spotkały. Z pewnością nie chciałem się przekonywać. Dogoniłem
go więc i złapałem za rękę z czułością. Spojrzał się na moją dłoń w zdziwieniu.
-Zaprowadzę cię do pokoju Jovel, jesteś w złym stanie – Oznajmiłem a przez
głowę, przeszła mi myśl, czy mój chłopak, nie był w takim stanie z racji całej
farsy związanej rangami. Chyba byłem złym wsparciem, zawsze trzymałem się na
uboczu. A teraz, posiadając kogoś, kim mogłem się opiekować nie robiłem
praktycznie nic, czy na pewno nadawałem się do tego… Do związku? Z drugiej
strony, cóż miałem zrobić, skoro nikogo zbytnio nie obchodził los osób które
otrzymały kartę celu. A sam nie mogłem go bronić cały czas, szczególnie, iż
Jovel był uparty w swoim ciągłym twierdzeniu, że radzi sobie sam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jovel & Fabien. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jovel & Fabien. Pokaż wszystkie posty
18 lutego 2018
7 stycznia 2018
Od Jovela C.D. Fabien
Idąc niezbyt jasnym korytarzem budynku dormitoriów, opierał się o ścianę. Z ust czuł zapach krwi zdominowany odorem podchodzących do gardła wymiocin. Wymięty top z hamskim napisem "Trash" udsłaniał wykwiatający na brzuchu Dahmera siniec, cudowny bukiet fioletu, różu i czerwieni, rozciągający się od boku do boku. Na dodatek, dokładnie tak jak prawdziwe kwiaty, miał potem zżółknąć, a potem zniknąć z zasięgu widzenia. Chłopak czuł jak jego wnętrzności pulsują nieustannie, przypominając mu o rozrastaniu się tego pieprzonego wylewu na jego ciele. Powstrzymywał odruch wymiotny, choć wiedział, iż po puszczeniu pawia psychicznie by mu ulżyło. Łazienka była jednak jeszcze trochę drogi przed nim. W sumie średnio wiedział, która była godzina. Słońce już zaszło, może nawet było już po dwudziestej. Z pomieszczenia docelowego sączyło się lekkie światło, niczym latarnia dla statku Jovela, niesionego falą wzbierających żygowin. Niespokojne kwasy żołądkowe musiały jednak wychamować swoją euforię, ponieważ do uszu nastolatka dobiegły czyjeś głosy. Jedną z ostatnich rzeczy na liście nieprzyjemnych sytuacji dla Jokera były spotkania z obcymi w łazience, a pora nocna jedynie kumulowała chujnie jaką takiż zbieg okoliczności był. Cel przeklą pod nosem, zaczynając się wycofywać. Miał jeszcze kilkanaście metrów, mógł więc niezauważenie wymsknąć się z sideł nadciągającego mordobicia na dobranoc. Zanim jednak obmyślił, w jakim miejscu opłaca mu się przeczekać aż do chwili zwolnienia łazienki na korytarzu rozległy się zupełnie nie dyskretne kroki. Z ciemności wyłonił się opiekun męskiej części dormitoriów, wyraźnie niechętnie zmierzający do toalety. Cóż, Richard Starn do najbardziej pracowitych nie należał, poza tym raczej miły i nieogarnięty był z niego gość. Jednak fakt, iż szedł sprawdzać łazienkę, świadczyło o tym, że tej nocy Jovel raczej z niej nie skorzysta. Ciemne oczy Jokera obserwowały jak koleś, luźnym ubiorem zbliżony niezwykle do swoich podopiecznych, wchodzi do pomieszczenia.
12 października 2017
Od Jovela C.D. Fabien
Las cicho otaczał dwóch siedemnastolatków całujących się na jego zamszonym poszyciu. Jovel nie całował się pierwszy ani ostatni raz, ale na pewno od dawna nie całował kogoś tak ważnego dla niego jak Fabien. Nowa szkoła, przyzwyczajanie się do otoczenia, rang, samotnego mieszkania, nie dały czasu na rozglądanie się za poważniejszymi romansami. Oczywiście zdażały się przygody, wypady do miasta, Dorley podczas wycieczki do Bullfrog Lake, ale nic emocjonalnie wiążącego. Vidivicenkov połowicznie przypadkiem uwiódł Naśladowcę swoją stonowaną naturą i delikatną aurą, którą emanowała jego postać. Nieśmiałość i nieumiejętność rudego chłopaka były nadzwyczaj urokliwe, a jego usta, choć dość wąskie, świetnie się całowało. Pochylając się nad nim, brunet czuł przebijający się przez ogólną woń mchu zapach rumianku, tak ślicznie wpasowującego się w Fabiena. Choć Rosja bardziej połączona była ze słonecznikami, to urok, skromność i niepretensjonalność kojarzone z tą rośliną, o wiele lepiej pasowały do Kujona niż pycha czy arogancja.
24 września 2017
Od Fabiena C.D. Jovel
***
Przez kolejne dwa tygodnie poznałem Jovela trochę bliżej, był naprawdę przyjazny i pomocny, pomagał mi nosić książki z biblioteki, zapraszał na spacery. Był dość narwany co nie pasowało do mojego charakteru, jednak mimo to, lubiłem go i dogadywaliśmy się. I choć czasem nie rozumiałem jego zachowań, nie przeszkadzało mi to. Wciąż czułem przy nim niepewność i lekką nieufność, jednak ganiłem się za to i umawiałem na kolejne spotkania. Nie chciałem by moja paranoja zniszczyła ten kontakt, bo w końcu kogoś interesowałem… Chyba.
Wziąłem głęboki oddech, wszedłem do lasu. Byliśmy umówieni nad rzeczką, którą mu pokazałem, stała się ona naszym stałym miejscem spotkań. Cieszyłem się, że ktoś chce tam spędzać ze mną czas i nie… chyba nie obawiałem się Jovela nawet z wiedzą że jest dziesiątką a ja zwykłą podrzędną kartą.
To dobry znak. Pomyślałem przedzierając się przez zarośla, a gdy dotarłem na miejsce, zastałem go leżącego na ziemi
-Nie boisz się, że się zupełnie ubrudzisz? –Zapytałem natychmiastowo, niemal automatycznie, natomiast Jovel spojrzał raz na mnie, raz na swoje zielone spodnie i żółtą koszulkę po czym rzucił proste
-Błota jeszcze nie ma
Uniosłem kącik ust na te słowa i usiadłem obok niego, zmieniając temat – Długo czekasz?
- Chyba nie – Odpowiedział z uśmieszkiem, przekręcając się w moją stronę. Nic na to nie odpowiedziałem, więc to Jovel odezwał się pierwszy –Jak ci mija dzień?
Było to pytanie błahe i niezwykle uniwersalne a jednak nie wiedziałem jak odpowiedzieć na nie inaczej, niż prostym ,,dobrze’’.
Przez kolejne dwa tygodnie poznałem Jovela trochę bliżej, był naprawdę przyjazny i pomocny, pomagał mi nosić książki z biblioteki, zapraszał na spacery. Był dość narwany co nie pasowało do mojego charakteru, jednak mimo to, lubiłem go i dogadywaliśmy się. I choć czasem nie rozumiałem jego zachowań, nie przeszkadzało mi to. Wciąż czułem przy nim niepewność i lekką nieufność, jednak ganiłem się za to i umawiałem na kolejne spotkania. Nie chciałem by moja paranoja zniszczyła ten kontakt, bo w końcu kogoś interesowałem… Chyba.
Wziąłem głęboki oddech, wszedłem do lasu. Byliśmy umówieni nad rzeczką, którą mu pokazałem, stała się ona naszym stałym miejscem spotkań. Cieszyłem się, że ktoś chce tam spędzać ze mną czas i nie… chyba nie obawiałem się Jovela nawet z wiedzą że jest dziesiątką a ja zwykłą podrzędną kartą.
To dobry znak. Pomyślałem przedzierając się przez zarośla, a gdy dotarłem na miejsce, zastałem go leżącego na ziemi
-Nie boisz się, że się zupełnie ubrudzisz? –Zapytałem natychmiastowo, niemal automatycznie, natomiast Jovel spojrzał raz na mnie, raz na swoje zielone spodnie i żółtą koszulkę po czym rzucił proste
-Błota jeszcze nie ma
Uniosłem kącik ust na te słowa i usiadłem obok niego, zmieniając temat – Długo czekasz?
- Chyba nie – Odpowiedział z uśmieszkiem, przekręcając się w moją stronę. Nic na to nie odpowiedziałem, więc to Jovel odezwał się pierwszy –Jak ci mija dzień?
Było to pytanie błahe i niezwykle uniwersalne a jednak nie wiedziałem jak odpowiedzieć na nie inaczej, niż prostym ,,dobrze’’.
19 września 2017
Od Jovela C.D. Fabien
Pytanie Fabiena zbiło nieco z tropu drugiego chłopaka, ale przede wszystkim zaskoczyło.
- Nie, oczywiście, że nie - odpowiedział Jovel ekspresyjnie, odwracając się w stronę rozmówcy, mrugając parokrotnie i łącząc swoje czarne spojrzenie z piwnymi oczami Vidivicenkova. Na bladej porcelanie skóry siedemnastolatka pojawiło się zaczerwienienie, jak kropla różowej farby wodnej na białej kartce. Choć Naśladowca stał w wartkiej, chłodnej wodzie, nie mógł ochłonąć przez ten widok. Nie czuł przytłaczającej potrzeby hamowania się i po prostu czuł jakby ktoś z rozmachem kopnął w drzwi blokujące jego osobę. Jego chaotyczność, impulsywność, tłumione ostatnimi czasy, najzwyczajniej odżywały przy rudzielcu. Zrobił gwałtowny, nie do końca skontrolowany i przemyślany krok. Zachwiał się, ale zaraz znowu postawił stopę na śliskim dnie potoczku. Gibiąc się w domyślnej próbie pozostania w suchym ubraniu, dotarł jakoś na brzeg. Bardzo krzywy wpół-bieg. Niemalże padł na kolana, nie zważając na ściółkę brudzącą mu spodnie, czy przylepiającą się do mokrych stóp rozmiaru ponad czterdzieści. Uśmiechnął się pokazując zęby Kujonowi.
- Nie, oczywiście, że nie - odpowiedział Jovel ekspresyjnie, odwracając się w stronę rozmówcy, mrugając parokrotnie i łącząc swoje czarne spojrzenie z piwnymi oczami Vidivicenkova. Na bladej porcelanie skóry siedemnastolatka pojawiło się zaczerwienienie, jak kropla różowej farby wodnej na białej kartce. Choć Naśladowca stał w wartkiej, chłodnej wodzie, nie mógł ochłonąć przez ten widok. Nie czuł przytłaczającej potrzeby hamowania się i po prostu czuł jakby ktoś z rozmachem kopnął w drzwi blokujące jego osobę. Jego chaotyczność, impulsywność, tłumione ostatnimi czasy, najzwyczajniej odżywały przy rudzielcu. Zrobił gwałtowny, nie do końca skontrolowany i przemyślany krok. Zachwiał się, ale zaraz znowu postawił stopę na śliskim dnie potoczku. Gibiąc się w domyślnej próbie pozostania w suchym ubraniu, dotarł jakoś na brzeg. Bardzo krzywy wpół-bieg. Niemalże padł na kolana, nie zważając na ściółkę brudzącą mu spodnie, czy przylepiającą się do mokrych stóp rozmiaru ponad czterdzieści. Uśmiechnął się pokazując zęby Kujonowi.
5 września 2017
Od Fabiena C.D Jovel
Siedziałem w swoim ulubionym miejscu, z inną osobą.
Chłopak wydawał się mną zainteresowany, żywo zadawał pytania, to było przyjemne
uczucie. Można to było nazwać uczuciem chwilowej beztroski, podczas której nie
chciałem dopuszczać do siebie żadnych ponurych myśli. Żadnych ,,ale’’
udowadniających mi że udaje. Było chłodno, las w tym miejscu dopuszczał do
siebie mniej promieni słonecznych, bowiem korony drzew były tu okazalsze,
wszystko zwieńczał dywan mchu i ta mała rzeczka. Obraz zdawać by się mogło ponury, a jednak dla
mnie przyjemny, artystyczny. Przychodziłem tu w chwilach samotności, a teraz
nie byłem tu sam. Naprawdę ciepłe uczucie.
4 września 2017
Od Jovela C.D: Fabien
Uniesiony kącik ust Vidivicenkova wprawił bruneta niemalże w ekscytacje. Dobry znak, omen zwiastujący ducha rozluźnienia atmosfery między nimi, duży niewielki krok. Cóż, ledwo sie znali, więc oczywiście, że konwersacja nie płynęła wartkim potokiem słów (czego swoją drogą, po Fabienie raczej by się nie spodziewał), ale i tak pozytywnie zawirowany wokół postaci rudzielca umysł Jovela uznawał tępo pseudo-poznawiania za dość szybkie. Szedł pół kroku przy prowadzącym go towarzyszu, starając się nie narzucać tępa. Pilnował się jak głupi, żeby tego nie robić. Jeśli szedłby za rudym, to mógłby potęgować nieprzyjemne uczycie bycia obserwowanym na karku towarzysza, mógł utrudnić konwersacje zmuszając Fabiena do odwracania się przy mówieniu, tak... Takie pierdoły, a jednak krążyły po rozbudzonej głowie siedemnastolatka. Otaczająca ich liściasta zieleń wydawała się czarnowłosemu żywsza niż zwykle. Odcień roślin, ciche życie tworzące tło przypadkowego z perspektywy obcego spaceru, po prostu budowały tą ułożoną zbyt bezproblemowo scenkę. Choć Amerykaninowi przemykała przez głowę podejrzliwość do tej zupełnej pozytywności, to nie mógł zmusić umysłu do skierowania się na tory dążące do zamartwiania się. Szelest ściółki, po której chodzili dawał znak uszom amatorów spacerów, że dla natury jeszcze nie skończyło się lato. Podłoże lasu było cichsze, niż kiedy wysuszone niemalże chrzęściło podczas trzeciej pory roku. Przez brak jakiejkolwiek informacji o odległości dzielącej ich od celu, Jov postanowił przerwać ciszę kolejnym pytaniem:
27 sierpnia 2017
Od Fabiena C.D Jovel
-Właściwie... Jest to moja ulubiona
czynność, samotne spacery -Zamilkłem na chwilę, zamyśliłem się, brzmiało to
komicznie -To znaczy raz miałem towarzysza i przyjemnie chodziło się z kimś,
jednak wypisał się ze szkoły po dwóch tygodniach nauki i powróciłem do
chodzenia samemu. Ja...nie jestem zbyt dobry w nawiązywaniu znajomości. -
Apropo mojego towarzysza, chyba nawet już nie pamiętałem jego imienia. To
zabawne, jak szybko ludzie umieją wymazać się z naszej pamięci. Znikają bez
słowa, z życia i umysłu, co prawda, nie zdążyliśmy się szczególnie poznać,
jednak liczyłem iż zostawi jakiś kontakt do siebie, ponieważ mimo wszystko
chyba dobrze nam się rozmawiało... Albo to było tylko moje odczucie. Cóż, wiele
nie straciłem, końcem tej znajomości. Zmarszczyłem na chwilę brwi w zamyśleniu,
z którego to wyrwał mnie Jovel.
30 maja 2017
Od Jovela C.D. Fabien
- Dahmer Jovel, do usług - powiedział siedemnastolatek, zginając się w pół i niemalże dotykając opuszkami palców kostki chodnikowej. Długi i rozciągliwy był niemalże od zawsze, a na dodatek lubił od czasu do czasu popisać się tym, lub postraszyć innych układając się w nienaturalnie wyglądające pozycje. Zabawne właściwie. Nie tak do końca, ale dla niego na pewno. Wyprostowawaszy się, spotkał złotawe spojrzenie Trójki, z którego mógł odczytać... zaskakująco niewiele. Źrenice czerwonowłosego mimowolnie rozszerzyły się nieco, bo Jovel właśnie zrozumiał, że okazał się szczęściarzem. Szczęściarzem, który znalazł coś nie tylko nie-nudnego, a wręcz niezwykle ciekawego! Cholera, przed chwilą klął na czym świat stoi, a tu taka niespodzianka. Mózg musiał chyba zauważyć niekontrolowanie powiększający się na twarzy Amerykanina wyszczerz, bo zmarszczył nieznacznie swoje delikatnie zarysowane brwi. Nie trudno było zaobserwować, że 'czar' czerwonowłosego nieżadko przytłaczał innych ludzi. Czasem wręcz odstraszał, zadziwiająco (dla niego samego) łatwo. Potrząsnął głową i rzucił w stronę rudego;
- Choćmy - usłyszawszy to, nastolatek z piwnymi oczami kiwnął nieznacznie głową, jakby niejako potwierdzając logiczność tego słowa, w całej tej niezbyt logicznej sytuacji. Oczywiście, brak logiki był tu nieco subiektywną opinią. Obaj uczniowie Charleston High ruszyli w stronę dormitoriów. Oczywiście nie kierowali się do nich, lecz tak właśnie wiodła droga ze stołówki do lasu. Przydałoby się wymyślić plan, ale puki improwizacja jako tako działała, Jovel nie musiał zaprzątać sobie tym głowy. Spojrzał kątem oka na prawy profil nieskazitelnej niemalże twarzy rudzielca. Niemalże, bo nad linią żuchwy malował się pojedyńczy pieprzyk. Może i lepiej, tak gładkie twarze mogą być przecież nudne, a to zawsze jakieś urozmaicenie. Szli dość szybkim krokiem, jak na tempo spacerowe, a mimo to czerwonowłosy mógł cieszyć się jak głupi otoczeniem. Już gdy miał odpłynąć myślami na tematy etyki klonowania, uderzył go pewien szczegół, o którym zapomniał, który bezczelnie pominął. Zmarszczył mocno swoje czarne brwi. Trójkę z innej klasy mógł kojarzyć, bo był on na podobnym szczeblu hierarchii, jednak nie to było powodem. Zapamiętał dokładnie nazwisko, a nazwet drugie imię, bo wydały mu się po prostu... piękne. Wyniosłe, delikatne, rosyjskie, niemal arystokratyczne. Gieorgji Vidivicenkov, czyż to nie brzmiało wręcz nierealnie? Ale imię, pierwsze umknęło Jovelowi gdzieś po drodze z pałacu Romanowów do rakiety z Białą i Strzałą, może przy Dnietropetrowsku. No sztoby tiebia wyjebali w sraku, pamięcio krótkotrwała! Co jeszcze wiedział, co jeszcze kurwa?! Minęli już dormitoria dziewcząt, o jakieś kilkadziesiąt metrów, gdy amerykanin wypalił:
- Wybacz, ale mógłbyś mi przypomnieć swoje pierwsze imię? - dość zmieszany Dahmer popatrzył w oczy drugiego, zaskoczone nagłym i brutalnym przerwaniem owej ciszy w eterze.
- Mam na imię Fabien - powiedział cicho. No przecież że ma! Siedemnastolatek niemalże przywalił sobie z otwartej dłoni w czoło. Takie idealnie dopasowane imiona. Żadko się to zdarza.
- Ładnie - uśmiechnął się troche szerzej niż powinen.
-Dziękuję, niewiele osób tak uważa - chyba próbował posilić się na uśmiech, ale nie wyszło do końca, lub prawie wcale. Jednak Jovel był nim niemal zafascynowany. Taka cisza i minimalizm reakcji stawiał mu wyzwanie, ale przede wszystkim jeszcze bardziej zaciekawiał. Poza tym ostatnia wypowiedź piwnookiego towarzysza wycieczki nie była ograniczona do odpowiedzi na pytanie! Dodał coś, może jakiś zaląźek rozmowy. Może zbytnie nadzieje. 'Niewiele osób tak uważa'. Czemu ktoś miały myśleć inaczej, błędnie w swojeb subiektywności oceny! Świeżo zielony las zapraszał ich finezyjnie, użyczając cienia i urody w ciepło dnia. Choć ani upałów nie było, ani zbytnich chłodów zjawiających się znienacka, to Jovel pomyślał dwa razy zanim wkroczył wśród drzewa. Nie przewidywał nic konkretnegi zhyt daleko w przód, ale nie miał pojęcia ile będą się szwendać.
- Właściwie lubisz chodzić po lesie? - ponownie zwrócił się do rudzielca, tym razem po mniejszej przerwie bez tak sztucznie wyolbrzymionego efektu zaskoczenia. Zawsze mogli jeszcze zmienić cel. Mogli, haha, Fabian jako zdrowy na umyśle, mógł wybyć w każdej minucie i nie byłby to taki głupi pomysł.
- Choćmy - usłyszawszy to, nastolatek z piwnymi oczami kiwnął nieznacznie głową, jakby niejako potwierdzając logiczność tego słowa, w całej tej niezbyt logicznej sytuacji. Oczywiście, brak logiki był tu nieco subiektywną opinią. Obaj uczniowie Charleston High ruszyli w stronę dormitoriów. Oczywiście nie kierowali się do nich, lecz tak właśnie wiodła droga ze stołówki do lasu. Przydałoby się wymyślić plan, ale puki improwizacja jako tako działała, Jovel nie musiał zaprzątać sobie tym głowy. Spojrzał kątem oka na prawy profil nieskazitelnej niemalże twarzy rudzielca. Niemalże, bo nad linią żuchwy malował się pojedyńczy pieprzyk. Może i lepiej, tak gładkie twarze mogą być przecież nudne, a to zawsze jakieś urozmaicenie. Szli dość szybkim krokiem, jak na tempo spacerowe, a mimo to czerwonowłosy mógł cieszyć się jak głupi otoczeniem. Już gdy miał odpłynąć myślami na tematy etyki klonowania, uderzył go pewien szczegół, o którym zapomniał, który bezczelnie pominął. Zmarszczył mocno swoje czarne brwi. Trójkę z innej klasy mógł kojarzyć, bo był on na podobnym szczeblu hierarchii, jednak nie to było powodem. Zapamiętał dokładnie nazwisko, a nazwet drugie imię, bo wydały mu się po prostu... piękne. Wyniosłe, delikatne, rosyjskie, niemal arystokratyczne. Gieorgji Vidivicenkov, czyż to nie brzmiało wręcz nierealnie? Ale imię, pierwsze umknęło Jovelowi gdzieś po drodze z pałacu Romanowów do rakiety z Białą i Strzałą, może przy Dnietropetrowsku. No sztoby tiebia wyjebali w sraku, pamięcio krótkotrwała! Co jeszcze wiedział, co jeszcze kurwa?! Minęli już dormitoria dziewcząt, o jakieś kilkadziesiąt metrów, gdy amerykanin wypalił:
- Wybacz, ale mógłbyś mi przypomnieć swoje pierwsze imię? - dość zmieszany Dahmer popatrzył w oczy drugiego, zaskoczone nagłym i brutalnym przerwaniem owej ciszy w eterze.
- Mam na imię Fabien - powiedział cicho. No przecież że ma! Siedemnastolatek niemalże przywalił sobie z otwartej dłoni w czoło. Takie idealnie dopasowane imiona. Żadko się to zdarza.
- Ładnie - uśmiechnął się troche szerzej niż powinen.
-Dziękuję, niewiele osób tak uważa - chyba próbował posilić się na uśmiech, ale nie wyszło do końca, lub prawie wcale. Jednak Jovel był nim niemal zafascynowany. Taka cisza i minimalizm reakcji stawiał mu wyzwanie, ale przede wszystkim jeszcze bardziej zaciekawiał. Poza tym ostatnia wypowiedź piwnookiego towarzysza wycieczki nie była ograniczona do odpowiedzi na pytanie! Dodał coś, może jakiś zaląźek rozmowy. Może zbytnie nadzieje. 'Niewiele osób tak uważa'. Czemu ktoś miały myśleć inaczej, błędnie w swojeb subiektywności oceny! Świeżo zielony las zapraszał ich finezyjnie, użyczając cienia i urody w ciepło dnia. Choć ani upałów nie było, ani zbytnich chłodów zjawiających się znienacka, to Jovel pomyślał dwa razy zanim wkroczył wśród drzewa. Nie przewidywał nic konkretnegi zhyt daleko w przód, ale nie miał pojęcia ile będą się szwendać.
- Właściwie lubisz chodzić po lesie? - ponownie zwrócił się do rudzielca, tym razem po mniejszej przerwie bez tak sztucznie wyolbrzymionego efektu zaskoczenia. Zawsze mogli jeszcze zmienić cel. Mogli, haha, Fabian jako zdrowy na umyśle, mógł wybyć w każdej minucie i nie byłby to taki głupi pomysł.
21 maja 2017
Od Fabiena C.D Jovel
Zamierzał iść do pokoju po książki, które już przeczytał, by następnie odnieść je do biblioteki i tam posiedzieć. W spokoju, ciszy... Może usiadłby przy oknie i czytał, wyglądając za nie. Wszak kampus szkoły był... Był po prostu, ładny, zielony, przepełniony tętniącym życiem i głosem ptaków.
Zmrużył oczy zamyślony. Zaczynał coraz bardziej lubić tę szkołę. Wystarczyło nie zwracać uwagi na ludzi, omijać ich zgrabnym łukiem i nie mieszać się w ich zabawę, którą nazwali ,,kastą''. Póki nie został celem, mógł liczyć na spokój. Właśnie, póki nie został celem. W tym miejscu jego samotne egzystowanie pokazywało swój znaczny minus; Nikt ci nie pomoże. I gdy o tym myślał, pomimo ciepła, przepełnił go wewnętrzny chłód, wdarł się w niego brutalnie i wywołał delikatny dreszcz, który zaskakująco szybko minął.
Zmrużył oczy zamyślony. Zaczynał coraz bardziej lubić tę szkołę. Wystarczyło nie zwracać uwagi na ludzi, omijać ich zgrabnym łukiem i nie mieszać się w ich zabawę, którą nazwali ,,kastą''. Póki nie został celem, mógł liczyć na spokój. Właśnie, póki nie został celem. W tym miejscu jego samotne egzystowanie pokazywało swój znaczny minus; Nikt ci nie pomoże. I gdy o tym myślał, pomimo ciepła, przepełnił go wewnętrzny chłód, wdarł się w niego brutalnie i wywołał delikatny dreszcz, który zaskakująco szybko minął.
15 maja 2017
Od Jovel C.D: Fabien
Dzień
mijał
powolnie i ciągnął się niczym powolnie spływająca, połowicznie
zaschnięta
żywica. Nic zbytnio ciekawego, nic zbytnio nudnego, wszystko wlokło się
powoli
środkiem środka nijakości. Możliwe, że było tak tylko z perspektywy
czerwonowłosego, tak czy inaczej, stawał się przez to nieco poirytowany.
Kończył właśnie dzisiejszy obiad, który równie uparcie co wszystko
inne wpisywał się w neutralność. Z jednej strony lepsze niż cokolwiek co
sam by
zrobił, z drugiej nic nad czym by się zachwycał. Ot, surówka, bezmięsne
mięso i
sok pomarańczowy. Nie cierpiał soku pomarańczowego. Tego więc
teoretycznie mógł
się uczepić, wylać, stłuc szklankę czy krzywić się przesadnie przy
piciu. Na
żadną z tych rzeczy nie miał już ochoty. Patrzył z wyrzutem na napój,
ale nic
się nie stało.
Westchnął głośno, po czym wstał zrezygnowany. Po kilku minutach wychodził już z budynku stołówki, idąc bokiem ścieżki. Nic, zupełnie żadnego punktu zaczepienia. Pustka, bo jak to miał w zwyczaju, wybył z budynku pierwszy, lub ostatni. W dziś akurat pierwszy. Dahmer czuł niemalże fizyczną desperację by coś się wydarzyło. Pomyślał nawet przez chwilę o Celu, ale coś odciągało go od zawracania mu dupy. Cóż, gra z początku wydawała mu się niezwykle ekscytująca. Niezrozumiała całkowicie w pewnych aspektach, ale jednak. Zajmująca. Wciągająca. Obowiązująca. Bycie Czwórką nie wiązało się dla niego z niczym niezwykłym, choć w teorii, zawsze było to lepsze od Jokera. Teraz musiał jedynie słuchać wyższych rangą, a oni niezbyt często zwracali na niego uwagę. Żadnych drastycznych zmian, czy czegoś w tym rodzaju. Właściwie to całkiem dobrze, lecz kiedy myślał o grze, to miała być czymś wrzynającym się w codzienność jak kolec w ciało. Urozmaicenia. Bo gdy tak się zastanawiał, to bycie Celem... Eh, naiwne teoretyzowanie. Logicznie myśląc, nikt nie chciał być nisko w hierarchii. Jovel zrobił dłuższy krok, po czym zaczął robić marsz z dostawianiem lewej nogi.
Westchnął głośno, po czym wstał zrezygnowany. Po kilku minutach wychodził już z budynku stołówki, idąc bokiem ścieżki. Nic, zupełnie żadnego punktu zaczepienia. Pustka, bo jak to miał w zwyczaju, wybył z budynku pierwszy, lub ostatni. W dziś akurat pierwszy. Dahmer czuł niemalże fizyczną desperację by coś się wydarzyło. Pomyślał nawet przez chwilę o Celu, ale coś odciągało go od zawracania mu dupy. Cóż, gra z początku wydawała mu się niezwykle ekscytująca. Niezrozumiała całkowicie w pewnych aspektach, ale jednak. Zajmująca. Wciągająca. Obowiązująca. Bycie Czwórką nie wiązało się dla niego z niczym niezwykłym, choć w teorii, zawsze było to lepsze od Jokera. Teraz musiał jedynie słuchać wyższych rangą, a oni niezbyt często zwracali na niego uwagę. Żadnych drastycznych zmian, czy czegoś w tym rodzaju. Właściwie to całkiem dobrze, lecz kiedy myślał o grze, to miała być czymś wrzynającym się w codzienność jak kolec w ciało. Urozmaicenia. Bo gdy tak się zastanawiał, to bycie Celem... Eh, naiwne teoretyzowanie. Logicznie myśląc, nikt nie chciał być nisko w hierarchii. Jovel zrobił dłuższy krok, po czym zaczął robić marsz z dostawianiem lewej nogi.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)