8 października 2017

Od Alexandra C.D: Ryan


Patrzyłem, jak powoli się podnosi, choć zdecydowanie zbyt długo leżał na ziemi. Może za mocno się uderzył w głowę i na chwilę go przyćmiło, a może to tylko moja olśniewająca osoba? Z pewnością to drugie, mogłem się założyć.
Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni i oparłem się jednym ramieniem o ścianę, którą miałem po swojej lewej stronie. Uniosłem lekko brwi, bo kompletnie mnie zignorował. Musiałem wyglądać w tym momencie na iście rozbawionego, a jednocześnie zirytowanego, jednakże żadne z tych uczuć nie miało miejsca. Moje wnętrze od dawna było martwe, jak moje życie towarzyskie.
Wąż, który gościł w nieuszkodzonym (na szczęście) terrarium był naprawdę bardzo ładny. Lubiłem egzotyczne zwierzęta, choć sam żadnego nie mogłem nigdy mieć ze względu na młodsze siostry, których nienawidziłem równie bardzo, co całej tej rodzinki. Albo mnie adoptowali, albo ktoś mnie podrzucił pod drzwi w święta, bo nie chciał takiego potwora (być może w tym celu przewidział przyszłość i ujrzał, kim się stałem).
Na samo wspomnienie o swoich iście idealnych młodszych siostrzyczkach, z których jedna w wieku czternastu lat dała dupy, a druga, dwunastoletnia ogląda Violettę, aż zachciało mi się wymiotować. Nie chciałem wracać do tego tematu, jednak sama myśl, że ja byłem z nimi spokrewniony sprawiała, że miałem dziwne dreszcze, nieprzyjemne, a także mdłości.
Do dziś pamiętam, jak na święta dały mi węgiel, bo nie złożyłem im nawet życzeń. W odwecie dostałem im robactwa do sosu. To były najlepsze święta, jakie miałem! Naprawdę, wyjebali mnie z domu i poszedłem się nachlać do klubu. Pamiętam, że zaliczyłem wtedy ładnego blondaska. Chyba miał na imię Robert, choć to wątpliwe.
Wracając do ciemnowłosego, kiedy już w końcu raczył zaszczycić mnie swoim wzrokiem, gestem ręki, niczym bym się normalnie kłaniał przed nim, ukazałem słowa "nie ma za co".  W rzeczywistości w życiu bym tego nie zrobił, jednak było śmiesznie, a śmiech to zdrowie.

- Fajny. - Jakże głębokie stwierdzenie, Alex, uważaj bo się udławisz.
Jeśli chodzi o węża, to rozumiałem go, bo moja rodzina też nie pozwalała mi mieć żadnego zwierzaka, a kiedy chciałem wziąć szczeniaczka z ulicy (jeszcze wtedy miałem serce) to kazali mi wypieprzać razem z tym psem. Hodowałem go w piwnicy, póki nie uciekł. Śmiesznie, nawet on nie potrafił ze mną żyć. Ale moje siostrunie mają króliki, które srają i szczają na wszystko, jak ich właścicielki.
- Lepiej, że nie marnuje się w domu. Przynajmniej wiesz, co się z nim dzieje. - zauważyłem, chyba nawet bardzo trafnie.
Co przyszło dalej? Obczajał mnie i to tak jawnie, jak ja jego, a może jeszcze bardziej. To nie było dopuszczalne, tylko ja mogę tak wszystkich chamsko oglądać i komentować w myślach, a nawet nie tylko, na głos też mogłem. Zazwyczaj nie były to miłe uwagi i komplementy, ale zawsze jakieś. Ja zawsze jestem miły, to inni nie rozumieją mojego sposobu przekazywania uczuć, tak?
A, no tak; nie mam uczuć.
Wypadało się przedstawić, w końcu pewnie wielokrotnie będę go widywać, głupio by było wołać do niego per "ej ty", nie? Zadziwiające jest dla mnie, jak trudno mi to przychodzi, a to tylko dlatego, że zapomniałem, jak obchodzić się z ludźmi.
- Alexander Carter. - rzuciłem, wystawiając w jego stronę dłoń, by ją uścisnął, pozwalając mu tym samym na poznanie imienia mojej majestatycznej osoby.
Tak proste dwa słowa, a jednak trudne do wypowiedzenia. Pewnie dlatego, że to niepodobne do mnie, większość ludzi poznaję w klubach po pijaku, potem nie pamiętam ich imion, a oni zapewne nie pamiętali mojego.
Kiedy ja zdążyłem się tak stoczyć? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz szczerze rozmawiałem z kimś o sobie, swoich uczuciach, czy odczuciach, problemach. Przyjaciół straciłem już dawno temu, pewnie jeszcze na początku gimnazjum i od wtedy jestem samotnikiem, który rzuca chamskimi hasłami w stronę niewinnych ludzi. Dlaczego to robiłem? Może dlatego, że oni wszyscy mnie nie rozumieli, a ja pokazywałem, jak twardy jestem. Obecnie z buntu został mi taki charakter, a nie inny. Zimny skurwol, którego nie obchodzą inni. Cóż, aż sam zacząłem w to wierzyć, by w końcu uczynić to prawdą.
- Swoją drogą, w którym pokoju pomieszkujesz? - jakoś trzeba rozkręcić tą rozmowę, żeby nie była aż tak sztywna i nie składała się tylko z pojedynczych słów. Byłem ciekaw, czy będziemy sąsiadami, bo jeśli tak, to z pewnością będzie dość ciekawie, a dlaczego?
Był mną! No może prawie, bo też wyglądał, jakby był wiecznie cyniczny i cały jego byt opierał się na sarkastycznym podejściu.
Nabrałem dystansu, bo moje życie osobiście było tylko głupim żartem, stąd wzięła się ociekająca ironią osoba Alexandra Cartera. Czułem, jakby moje imię i nazwisko z góry zakładało rolę, jaką odegram w świecie.
Wiem, że nikt mnie nie lubił przez to, jaki potrafiłem być, ale jednocześnie nie potrafiłem siebie samego zmienić. Bo niby jak? Nie miałem powodów, by się zmieniać. Ani nie było nikogo takiego, dla kogo mógłbym chociażby trochę poprawić jakości swoich wypowiedzi oraz ich ton i wydźwięk. Z drugiej strony, jak każdego wyzywam od ignorantów, idiotów, frajerów, czy brzydkich ludzi, to nie dziwota, że nikt mnie nie lubi. Kłóciłem się sam ze sobą, co za żałosne, ale śmieszne przedsięwzięcie. Ciekawe, czy mój nowy kolega śmiałby się równie głośno, co ja w myślach, gdyby się dowiedział o mojej wewnętrznej walce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz