18 sierpnia 2017

Dzień 1: Chanyeol

    Wyjechaliśmy ze szkoły dokładnie o godzinie 12:11. Byłem podekscytowany rozpoczynającą się wycieczką. Wiem, że nie będziemy się tylko bawić i odpoczywać, ale perspektywa spędzania czasu na łonie natury, w nowym dla mnie miejscu bardzo mnie cieszyła. No i może poznam pozostałych uczniów? Co do tego nie byłem taki pewny. Pozostałych uczestników wycieczki widziałem po raz pierwszy. Jedyna znajoma twarz, która rzuciła mi się w oczy, należała do Lucas'a. Nie dałem tego po sobie poznać, ale jego obecność dodała mi trochę otuchy. Chociaż jedna osoba, którą znam...
    Ku mojemu zaskoczeniu nasza podróż trwała bardzo krótko, bo tylko 37 minut. Mimo to zdążyłem się nacieszyć widokiem zza okna, na końcowym odcinku podziwiając las, aż w końcu wyjechaliśmy na otwarty teren. W obozie było dużo wczasowiczów. Niektórzy z nich przyglądali się, jak nasz autobus wjeżdża na parking. Reszta nie zwracała na nas większej uwagi.
    Gdy tylko wyszedłem z autobusu, podmuch gorącego powietrza uderzył nagle moją twarz. Skrzywiłem się lekko czując tą zmianę temperatury, po czym spojrzałem z tęsknotą na jezioro rozciągające się nieopodal. Nie mogłem się doczekać czasu wolnego. Gdy plaża będzie już pusta, z pewnością chętnie wskoczę do prawdopodobnie chłodnej wody.
    Gdy przyszedł czas na ogłoszenie par i naszego pierwszego zadania, wszyscy zebrali się koło nauczyciela wf'u. Poczułem lekką ulgę i jednocześnie bardzo się ucieszyłem gdy usłyszałem, że jestem w parze z Lucas'em. Pewnie i tak ostatecznie skończę wykonując zadania z innymi, ale dobrze jest na początek być z kimś znajomym. Uśmiechnąłem się do niego lekko.
    Niezbyt podobało mi się to, że rozstawianie namiotów było na czas. Co prawda namiot umiem rozstawić całkiem szybko, ale nie zmienia to faktu, że swoją niezdarnością potrafię go jeszcze szybciej złożyć. Stwierdziłem jednak, że trzeba myśleć pozytywnie.
Gdy nauczyciel ogłosił start, Lucas spojrzał na mnie.
- Idę zajmować miejsce. - stwierdził, po czym ruszył w jakby przypadkowym kierunku.
Chociaż już tego nie widział, pokiwałem głową na znak zgody, po czym zacząłem zbierać nasze paczki.
Do swojego towarzysza dołączyłem po paru minutach. O dziwo znalezienie go nie było tak trudne jak sądziłem. Musiałem też przyznać, że zajął idealne miejsce. Między dwoma wielkimi drzewami było sporo cienia. Trawa w tym miejscu wyglądała, jakby miała więcej chęci do życia, niż cała ta wysuszona, dawna 'zieleń' znajdująca się na największym słońcu.
- Wybrałeś nam całkiem niezłe miejsce. - uśmiechnąłem się, po czym rzuciłem torbę na ziemię. - Nie znajdziemy tu innego miejsca, gdzie trawa byłaby tak zielona.
    Lucas był bardzo zadowolony z siebie. Wyglądało jednak na to, że od pewnego czasu atakowały go komary. Faktycznie, te upierdliwe stworzenia były wszędzie. Byliśmy jednak zmuszeni znosić ich męczące towarzystwo. W końcu jesteśmy na obozie.
    Po pewnej chwili postanowiliśmy zabrać się do roboty. Zaczęliśmy rozpakowywać nasze rzeczy. Z lekkim zmieszaniem spojrzałem na niebiesko-fioletowy namiot. Nie mogę powiedzieć, żeby był piękny, ale co zrobić? Grunt, żeby dało się pod nim spać.
Lucas, który pokazał mi ten nieszczęsny kawał materiału, też nie wyglądał na szczęśliwego. Po chwili jednak oboje zaczęliśmy się śmiać. Nie ważne jaki był namiot, z pewnością można było się z niego pośmiać.
    Niestety przypadło mi w udziale rozplątywanie linek, co jest prawie tak samo okropne, jak rozplątywanie świątecznych lampek na choinkę. Nie mogłem jednak narzekać. Po części dlatego, że Lucas ma wyższą rangę (chociaż i tak nie traktowałem tego szczególnie poważnie, wolałem dostosowywać się przy innych), a po części ze względu na sumienie, no i wieczną chęć pomagania.
    Kątem oka widziałem, jak mój towarzysz przez chwilę przygląda mi się z lekkim zadowoleniem, po czym zabiera się za wbijanie śledzi. Na szczęście po pewnym czasie zostałem przez niego „uratowany” poprzez zaproponowanie ustawienia stelaży. Gdy namiot w końcu stanął na naszym nowym terenie, Lucas pomógł mi w rozplątaniu ostatnich supłów, za co również byłem mu wdzięczny. Wspólne rozstawianie namiotu skłoniło mnie do pewnych przemyśleń. Wszyscy tutaj mają jakąś rangę ustaloną przez karty. Nie wiedziałem kto jest kim, ale moja ranga była dość niska. Lucas ma co prawda nie wiele wyższą rangę, jednak i tak mógłby kazać mi wykonać to zadanie samodzielnie, a jednak mi pomagał. Czy inni też są tacy, czy też nie będą dla mnie już tak mili, jak mój obecny towarzysz? Zaczynało mnie to nieco niepokoić, ale postanowiłem nie zawracać sobie tym teraz głowy. Co będzie, to będzie. I tak nie będę miał na to żadnego większego wpływu.
Lucas nagle wstał.
- A ty dokąd? - spytałem, patrząc na niego.
- Trochę się ochłodzić.
Nawet się do mnie nie odwrócił. Westchnąłem pod nosem, chwytając w dłonie najbliżej leżące linki. „Montując” je od czasu do czasu patrzyłem, czy Lucas nie wraca znad jeziora, ale nie widziałem go z mojego stanowiska. Minęło dobre dziesięć minut, gdy zdążyłem zamontować parę lin, zabezpieczając tym samym namiot. Upłynęło kolejne pięć minut, gdy usłyszałem za sobą kroki
- Hej, Chan. - usłyszałem za plecami
Z dumą spojrzałem na rozstawiony namiot, stojąc wciąż plecami do Lucasa. Do zawiązania został tylko jeden węzeł.
- Nareszcie możemy iść się zg... - zacząłem odwracać się do Lucas'a.
    Nie zdążyłem dokończyć, gdy nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami. Klapnąłem na ziemię z głośnym jękiem, zaskoczony nagłym atakiem. Nie wiedziałem, co mam na twarzy, dopóki ohydny smród nie wdarł się do mojego nosa. Jęknąłem znowu, tym razem głośniej, zrywając ciemne wodorosty z twarzy. Cieszyłem się, że już siedzę, bo inaczej smród zwaliłby mnie z nóg.
- Fuuuj, to jest obrzydliwe. - mruknąłem z obrzydzeniem, trzymając wodorosty w dłoni.
Tymczasem Lucas bawił się bardzo dobrze, nabijając się z mojej miny i ciesząc się swoim genialnym pomysłem. Miałem wrażenie, że zaraz pęknie ze śmiechu.
    Uśmiechnąłem się lekko. Nie byłem zły. Ale ten żart wymagał zemsty.
    Podniosłem się szybko, ruszając w stronę Lucas'a. Niestety, ledwie wstałem, a już coś zahaczyło o moją nogę, powalając mnie z powrotem na ziemię. Upadając walnąłem chłopaka barkiem, przewracając go ze sobą. Ten przypadek zadziałał na moją korzyść. Zanim zdążył się podnieść czy chociaż odsunąć, chwyciłem go za rękę i szybko przysunąłem się bliżej. Parę sekund później Lucas leżał z wodorostami niczym z maseczką. Wyglądał jak ninja, tyle że miał zasłonięte oczy. No i wodorosty znalazły się też w jego włosach.
Zaśmiałem się głośno, czując radość z dokonanej zemsty. Mina zrzedła mi dopiero wtedy, gdy spojrzałem w bok. Okazało się, że moja noga zahaczyła o linkę podtrzymującą namiot. Tyle że... Teraz nie było co podtrzymywać. Wspominałem już, że jestem dobry w przypadkowym składaniu namiotów? Nie dość, że złożyłem nasz cudny, niebiesko-fioletowy namiot, to jeszcze przypadkowo zaplątałem linki wokół swoich nóg.
- Wiesz co... - mruknąłem do Lucas'a, który podniósł się do pozycji siedzącej, wciąż z „maseczką” na twarzy. - Może lepiej nie zdejmuj tych wodorostów z oczu.
Spodziewałem się ochrzanu od swojego towarzysza, jednak on widząc zwłoki naszego namiotu zaczął się tylko śmiać, jeszcze bardziej niż wcześniej. Ulżyło mi, że nie ma ochoty mnie zabić, ale miałem wrażenie, że zaraz sam udusi się ze śmiechu. Mimowolnie też się uśmiechnąłem, jednak widząc swoje nogi oplątane sznurkami czułem niemalże rozpacz. No i ten rozwalony materiał... Grunt, że chociaż nic nie porwałem.
    Gdy uspokoiłem Lucas'a, zabraliśmy się za ponowne stawianie namiotu. O dziwo nie zajęło nam to zbyt wiele czasu, poszło dużo szybciej niż poprzednio. Nasze dzieło wyglądało nawet ładnie, gdyby tylko nie ten kolor...
    Po rozłożeniu reszty pakunków poszliśmy się w końcu zgłosić. Nauczyciele patrzyli na nas dziwnie. Może to przez to, że śmierdzieliśmy glonami na dobry kilometr. Po pewnej chwili zauważyłem też jeden wodorost we włosach Lucas'a, któremu ciemne roślinki wplątały się między kosmyki włosów na tyle dobrze, że niektórych z nich jeszcze nie wyjął.. Postanowiliśmy jednak się tym nie przejmować i ruszyliśmy zgłosić wykonanie zadania. W końcu liczył się czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz